Czas zarzucić kotwicę, czyli kilka słów o mojej nieobecności

By Olga - kwietnia 07, 2018

Ponad miesiąc. Tyle nie było mnie na blogu. Znaczy,  byłam, zaglądałam, jednak nie pisałam. Zima zdążyła już ustąpić miejsca nieśmiałej wiośnie, świat budzi się do życia, a ja zmierzyłam się z kolejnymi zmianami. Czyli wszytko po staremu... Dzień dobry, ponownie! 




Nic co zmienne nie jest mi obce...

... czyli znowu zaczynam od początku. Dla mnie nic nowego. Odnoszę wrażenie, że razem ze zmianą pór roku, szczególnie z zimy na wiosnę, budzi się we mnie jakaś część, która domaga się nowości. I drugi rok z rzędu tę potrzebę realizuje!

O zmianach pisałam nie raz, o tych dużych i tych mniejszych. Bo w sumie... Czego by nie wywrócić swojego życia do góry nogami, raz na rok! Ci z Was, którzy są ze mną od jakiegoś czasu, pamiętają z pewnością moje zaczynanie od zera, całkiem nie dawno (dla przypomnienia — klik!). Ale co to dla mnie! Nowy rok, nowa ja, nowe zmiany. I tak od kilku tygodni, znowu zaczynam od zera. Podjęłam kilka decyzji, uświadomiłam parę prawd, spakowałam walizkę i oto jestem...

W nowym mieście, w nowej branży, wśród nowych ludzi. Jednak z nadzieją, że tym razem na dłużej.

Zagubiony na morzu

Odnosząc się do tego, co ostatnio, w ciągu kilku ostatnich miesięcy, działo się w moim życiu, mogę się porównać do błądzącego statku. Dlaczego? Już wyjaśniam.

Przez ostatnie miesiące miewałam momenty, kiedy czułam się zawieszona pośrodku niczego. Z jednej strony miałam to, co było kiedyś dla mnie ważne, do czego tak bardzo chciałam wrócić, a z drugiej to, co nowe, kuszące i zapraszające.

Swego czasu przyszła mi do głowy myśl, że jestem jak zagubiony statek i jego załoga. Statek, który po wypłynięciu z ukochanego portu, zagubił się na wielkim morzu. Stracił cel podróży, zagubił drogę powrotną do pierwszego portu. I tak błąka się po szerokich wodach. Załoga jest przygnębiona, nie wie, w którą stronę się udać. Ich myśli przesiąknięte są tęsknotą za rodzimym portem, wspominają go z ogromnym sentymentem i wyolbrzymioną czcią. Za nic jednak nie potrafią znaleźć drogi powrotnej, a te, które obierają,  prowadzą ich na manowce.

W poczuciu przywiązania do punktu rozpoczęcia tej męczącej podróży  nie zwracają uwagi na inne porty. Wszystkie są gorsze, zbyt ciasne, zatłoczone...

Jednocześnie załodze statku brak świadomości, jak wiele ich omija. Nie chcą zrozumieć, że port, z którego wypłynęli dawno temu, nie jest już tym samym portem. Nie ma w nim ludzi, do których tęsknią, nikt na nich nie czeka. Ciągnąc do portu, który teraz jest już tylko pięknym wspomnieniem, pozwalają sobie obojętnie przepływać obok tego, co nowe, nieznane i obiecujące. Nadejdzie jednak dzień, w którym podejmą decyzję o przybiciu do innego portu, który jeżeli się postarają, stanie się ich nowym domem...

Mój dzień nadszedł

Tak, właśnie tak, jak ten zagubiony statek i ja wciąż marzyłam o miejscu, z którego wyszłam. Chciałam tam wrócić, zaślepiona wspomnieniami i sentymentem. Jednak w końcu spłynęła na mnie świadomość, że nie cofnę się do czasu, kiedy wszystko było idealnie, żyłam w miejscu, które kocham, otaczając się wspaniałymi ludźmi. Miasto się zmieniło, ja się zmieniłam...

Uświadomienie sobie, że kurczowo trzymam się tego, co minęło, nie było łatwe, nie stało się to też w przeciągu jednej sekundy. Kiedy jednak ostatnia nić, kurczowego, bezsensownego przywiązania pękła, postanowiłam spojrzeć dalej, otworzyć się na nowe, zostawić za sobą to, co przeminęło.

Mój rodzimy port na zawsze pozostanie w moich serduchu, zawsze z radością tam wrócę. Postanowiłam jednak dać sobie szansę na pokochanie innego miasta, na zarzucenie kotwicy, w miejscu, które zawsze omijałam obojętnie... i wiecie co? Mam nadzieję zostać tu na dłużej!


Więcej o zmianach przeczytasz, chociażby tutaj  klik!

Zapraszam Cię na moje profile w social mediach — facebookinstagram

  • Share:

Zobacz także:

1 komentarze

Translate